Bardzo lubię moment, kiedy para przychodzi na sesję i po kilku minutach zapomina, że to w ogóle jest sesja. Tak właśnie wygląda moja praca. Trochę spacerujemy, trochę gadamy, czasem biegamy. Ja jestem obok z aparatem, ale klimat jest raczej jak na randce niż na pozowanej sesji zdjęciowej.
Ta sesja narzeczeńska w zimę zaczyna się od zwykłego spaceru. Jest biało, mroźno, powietrze szczypie w policzki. Słońce świeci mocno, a śnieg odbija światło tak, że wygląda jakby był delikatnie posypany brokatem.
Naturalna sesja narzeczeńska w zimę na zamarzniętym jeziorze
Zawsze powtarzam parom, że u mnie nie ma za dużo pozowania. Bardziej chodzi o bycie razem. Rozmowę. Śmiech. Trzymanie się za ręce. Często jest też trochę ruchu. Chodzenie, wygłupy, czasem bieganie (zwłaszcza w zimę, na rozgrzanie :D).
W pewnym momencie wchodzimy na zamarznięte jezioro. Nie ukrywam – robię to pierwszy raz. Trochę się śmiejemy, trochę sprawdzamy czy na pewno wszystko jest okej.
A potem po prostu biegamy po lodzie, łapiemy się za ręce, ślizgamy się, śmiejemy. Ja biegam razem z nimi, aparat w rękach, próbując nadążyć za tym wszystkim.
I właśnie o takie momenty tu chodzi. Nic wymyślonego. Nic ustawionego.
Po prostu dwie osoby, które są razem. A ja tylko łapię te chwile.
Zima ma w sobie coś bardzo prostego. Mało kolorów, dużo światła, cisza dookoła. Dzięki temu wszystko skupia się na ludziach.
Na spojrzeniach. Na śmiechu. Na tym, jak ktoś poprawia komuś czapkę albo łapie go za rękę, żeby było cieplej.
I właśnie dlatego sesja narzeczeńska w zimę często wychodzi tak naturalnie.
Bo zamiast pozowania jest spacer.
Zamiast ustawiania – bycie razem.
Zobacz również inne sesje narzeczeńskie
Bądź na bieżąco i zaobserwuj mnie na instagramie
